O autorze Kontakt Przeglądaj Księgę Gości Wpisz się do Księgi Gości
Okres mówienia Lampa

Kisiel zdążył jeszcze podpisać w 1964 r. "List 34" (w którym protestowano przeciwko zmniejszaniu puli papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzaniu cenzury) po czym doczekał się decyzji na którą zbierało już mu się od dłuższego czasu: cenzura wpisała Kisiela na czarną listę tych, których pod żadnym pozorem publikować nie wolno. Zniknął z radia, telewizji i prasy. Miał też zakaz wyjazdów za granicę. Atakowano go zewsząd a on nie mógł odpowiedzieć. Jego działalność w Sejmie nie przyniosła rezultatu. W końcu podjął decyzję: trzeci raz do sejmu nie wystartuje. Postanowił wycofać się z czynnej polityki. Stwierdził, że jego polityczny eksperyment zakończył się klęską. Jak na to zareagowano? Jerzy Zawieyski sądził, że Kisielowi po prostu się znudziło, Stomma, że zniechęcił się beznadziejną sytuacją polityczną w kraju. Tylko Zenon Kliszko zareagował bez emocji twierdząc, że nie będzie Kisiela prosić o zmianę decyzji.

Oczywiście Kisielewski nie pożegnał się całkowicie z publicystyką. Kiedy tylko mógł to pisał. Nadal zdejmowano mu felietony, nawet o latających talerzach. Kiedyś zirytował się na cenzorów (Waldemar Łysiak nazwał ich kiedyś "lepszymi" w odniesieniu do "najlepszych" czyli oficerów KGB). Pewnego razu zatrzymano mu bowiem któryś z felietonów dopatrując się w nim niebezpiecznych dla władzy aluzji. Napisał więc następny. Również go zdjęto. Trzeci z kolei napisał więc o pogodzie. Cenzorzy długo próbowali znaleźć w nim jakieś aluzje. Skoro nie znaleźli to doszli do wniosku, że zostały jakoś bardzo sprytnie ukryte. Zatrzymano więc ten felieton a zamiast niego dopuścili do druku pierwszy, uprzednio zatrzymany.

Wydawał też książki. Pomógł mu w tym Jerzy Giedroyć. Kisiel wymyślił sobie pseudonim: Tomasz Staliński (Tomasz to był pseudonim Bolesława Bieruta, druga część powinna być chyba oczywista). Tymczasem władza ludowa nie bardzo wiedziała kto ukrywa się pod tym nazwiskiem. Podejrzewano, że może to być ktoś z elity władzy, a to dlatego, że bardzo dobrze zna jej mechanizmy. Wtajemniczeni znajomi Ksiela starali się mylić tropy. Ktoś na pytanie MSW odpowiedział, że chyba Putrament, z kolei Stomma wskazywał Wojciecha Żukrowskiego. Tymczasem Wolna Europa uznała powieść Tomasza Stalińskiego "Widziane z góry" za najlepszą krajową książkę 1967 roku. Władza ludowa po raz kolejny dostała od Kisiela "po buzi".

Tymczasem w 1968 roku wybuchła bomba. Kisielewski podczas posiedzenia Związku Literatów Polskich 29 lutego, psiocząc na cenzurę nazwał sytuację przez nią stworzoną "dyktaturą ciemniaków". Rozpętała się histeria. Władza, partyjni aparatczycy i literaci na ich usługach poczuli się obrażeni. Z trybuny grzmiał sam Gomułka. Jak wspominał po latach Kisielewski, I sekretarz potraktował te słowa bardzo osobiście i pomyślał, "że to on jest ciemniak". Tymczasem słowa zostały wypaczone. W pierwotnym zamyśle dotyczyły cenzorów. Szybko jednak rozszerzono je na całą rzeczywistość PRL-u. Propaganda komunistyczna sama jednak strzeliła sobie gola umieszczają z "Życiu Warszawy" artykuł Kazimierza Kłosa z tytułem: "Dyktatura ciemniaków". Artykuł miał uderzyć w Kisiela, ale przeczytanie samego tytułu wywoływało momentalnie ironiczne komentarze. Tymczasem Gomułka grzmiał: "Dla każdego, kto zna nazwiska, działalność, postawę polityczną ludzi, których Kisielewski wymienił w swoim przemówieniu, jest rzeczą jasną, że jego ideałem jest restauracja Polski burżuazyjnej, antyradzieckiej". Skrytykował też Kisiela za wsparcie jakie udzielał Januszowi Szpotańskiemu, autorowi satyrycznego utworu: "Cisi i gęgacze". Gomułka występował tam jako Gnom. Z miejsca uznał więc utwór za "reakcyjny paszkwil" mówiąc: "utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może się zdobyć tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoka, człowiek o moralności alfonsa". GomułkaSzpotańskiego (dostał on wówczas 3 lata więzienia). Jednakże zamiar Gomułki przybrał efekty całkowicie odmienne od zaplanowanych. Władza ludowa po raz kolejny strzeliła sobie efektownego samobója. Przemówienie transmitowano bowiem przez radio i telewizję. Po jego zakończeniu o "dyktaturze ciemniaków" mówili już wszyscy.

Kisielewskiemu władza wyznaczyła więc inną pokutę. Kiedy 11 marca wybrał się z wizytą do Stommów, uprzedzając ich o tym telefonicznie, z tyłu katedry św. Jana czekali już na niego "nieznani sprawcy". Wspominał: "wygłosili do mnie przemówienie ideologiczne, a potem powiedzieli: A teraz skurwysynu, za to dostaniesz" Bito go rękami i pałkami a kiedy się przewrócił, poprawiono kopiąc po całym ciele, ale oszczędzając głowę. "Operację" przeprowadzono fachowo - miał przeżyć. Na następnej sesji sejmu Jerzy Zawieyski rozpętał burzę w obronie Kisiela. Jego słowa skwitowano śmiechem. Zrezygnował z członkostwa w Radzie Państwa, a rok później zmarł.

Sam Kisiel stracił pracę redaktora w wydawnictwie muzycznym, zerwano z nim umowę na muzykę dla filmu, przestano drukować felietony. Zamiast tego wszystkiego zaczął pisać dziennik, którego publikacja wywołała obecnie taką burzę. Oberwało się w nim mocno również samemu "Tygodnikowi Powszechnemu" o którym pisał: "bardzo mnie zmierził Tygodnik. Mają w głowie tylko [...] walkę z prymasem o reformę Kościoła, przy czym są tak rozżarci, że mówią o prymasie dosłownie ostatnimi słowami". Oskarżał "Tygodnik" o to, że zbyt słabo wspierał Prymasa w jego walce z komuznizmem. Zresztą sam często powtarzał, że nie akceptuje linii programowej pisma.

Sam pisał również książki dla Giedroycia. "Tygodnik" płacił mu nadal za felietony, których nie pisał. Dorywczo pracował dla teatru. Przez pewien czas udawało mu się drukować w "TP" recenzje pod pseudonimem Julia Hołyńska. Cenzura wykryła jednak mistyfikację.

Kolejny felieton ukazał się dopiero w marcu 1971 roku z nadtytułem: "Bez dogmatu". Do łask wrócił "za Gierka". Po latach w "Abecadle" pisząc o Gomułce stwierdził: "głupi był ten Gomułka, chociaż miał format rzeczywistego polityka". Z kolei o Gierku tak: "skompromitował się, a nie wie chyba o tym. [...] On nas wciągnął w przepaść, wciągnął przez to, że był sympatyczny, mówił obcymi językami, i kochał go Helmut Schmidt, lubili go Francuzi, i bulili mu ogromną forsę. - dzisiaj nie chcą dać grosza, a jemu dawali miliardy. Właściwie sekretarze partyjni zmarnowali te miliardy, bo każdy chciał mieć inwestycję dewizową, największą była Huta Katowice, jak wiadomo, no i te wszystkie pieniądze poszły w końcu w błoto. I teraz mamy skutki, a on zdaje się wcale nie wie, że to on wszystko narobił". Ale Kisiel przynajmniej pisał i publikował. Cenzura cięła wszystko bezlitośnie, ale on sam optymizmu miał w sobie więcej. Zaczął też komponować i nawet przyznano mu stypendium. Przyznał się też, że zdobył się na parę "wazeliniarskich" felietonów w stosunku do Gierka. Marzył bowiem o paszporcie. Jednak to przymilanie się było swoiste. Po przeczytaniu zdania, że "jeść jak na razie jest w Polsce co, bo Gierek dostał jakieś pożyczki, które (bezproduktywnie zresztą) przejadamy", cały czar pochwał pryskał niczym urokliwa bańka mydlana. Oczywiście nadal zabawiał się z cenzorami według zasady: "kto kogo". Był to ciężki bój o ukrywanie prawdziwych myśli pomiędzy wierszami. Okaleczanie tekstów nie należy przecież do przyjemności. Nauczył się genialnie wręcz nabijać z władzy i cenzorów, mrugając jednocześnie okiem do czytelników. Nabijał się z potulnych korespondentów, grzmiących o tym jak obrzydliwy i godny potępienia jest dostatek mieszkańców Szwecji. Bezlitośnie drwił z gazet wydawanych w czasie Wielkiejnocy, iż nie potrafiły wznieść się ponad refleksję, że w PRL jajek wystarcza już dla wszystkich ale powinniśmy dążyć do tego aby każde dziecko w Polsce miało czekoladowego zajączka. Z komiczną wręcz powagą pisał o tym jak jest wstrząśnięty opisami łamania praw obywatelskich w Hondurasie, brakiem wolności słowa w Burundi> czy samowolą cenzury w Dominikanie. Cenzorzy puszczali takie numery.

Oczywiście z czasem musiał doczekać się również kontrofensywy partyjnych ideologów. Odszczekiwał im drukując swoje osławione "listy proskrypcyjne". Były to felietony złożone z samych nazwisk. Tworzył w ten sposób swoiste "listy hańby". Komentarz w zasadzie bywał zbyteczny. Z czasem tworzył takie listy w zależności od tego co chciał powiedzieć. Mógł w ten sposób wynieść na piedestał jakieś środowisko a innych bezlitośnie sprowadzić na ziemie. Z czasem czytelnicy nauczyli się prawidłowo interpretować owe zestawienia.

Kiedy powstał KOR nie został jego członkiem. Ograniczył się do wejścia w skład trzyosobowej Komisji Obywatelskiej (wraz z Andrzejem Kijowskim i Władysławem Bieńkowskim) Powtarzał, że uważa za błąd aby inteligenci stawali na czele robotników. Brał udział w działalności Uniwersytetu Latającego. Kiedy szedł na wykłady milicji weszło w krew zatrzymywanie Kisielewskiego na tak długo, aż mijał czas prelekcji. Powoli kończył się więc okres mówienia LAMPA i rozpoczął się czas "Solidarności".

Tomasz Brzustowski